Niniejsza strona poświęcona życiu i twórczości Tadeusza Nalepy, ilustrowana jest zdjęciami autorstwa Marka Karewicza.
Tadeusz Nalepa (ur. 26 sierpnia 1943 w Zgłobniu, zm. 4 marca 2007 w Warszawie) – polski kompozytor, gitarzysta, wokalista, harmonijkarz i autor tekstów. Wychował się w Rzeszowie, gdzie już jako nastolatek rozpoczął pracę zawodowego muzyka. Dostał wyróżnienie w kategorii duetów na II "Festiwalu Młodych Talentów" w Szczecinie w roku 1963 wraz z Mirą Kubasińską, jego późniejszą żoną. W 1965 roku założył grupę Blackout. Początkowo wraz z zespołem wykonywał standardy z repertuaru The Beatles i The Rolling Stones a z czasem zaczął komponować muzykę do tekstów poety Bogdana Loebla. Pierwszy koncert zespołu odbył się 3 września 1965 r. w rzeszowskim klubie "Łącznościowiec". Tadeusz Nalepa nagrał z tym zespołem płytę długogrającą Blackout oraz sześć mniejszych wydawnictw. Zespół istniał do końca roku 1967. W 1968 roku założył grupę Breakout. Zespół istniał 13 lat i nagrał 10 płyt. W 1982 zadebiutował jako solista w Hali "Gwardii" w Warszawie w koncercie "Rock-Blok". W 1982 nagrał płytę dla Izabeli Trojanowskiej. Od 1983 koncertował pod własnym nazwiskiem z towarzyszeniem zespołu, którego skład ulegała zmianom. 25 maja 1985 roku Tadeusz Nalepa w Rzeszowie z okazji dwudziestolecia działalności scenicznej odbył się koncert „Breakout wraca do domu”.
W 1986 pismo "Jazz Forum" (ankieta) przyznało mu tytuł najlepszego: muzyka ,kompozytora i gitarzysty.
Wraz z innymi laureatami tego plebiscytu wziął udział w koncertach Blues/Rock Top '86. Nawiązał owocną współpracę z zespołem Dżem, z którym nagrał płytę Numero Uno.
W latach dziewięćdziesiątych grywał koncert i nagrywał płyty z różnymi składami.
Ostatnią w jego dyskografii jest płyta DVD (jedyna w dyskografii Tadeusza Nalepy) z 2006, nagrana podczas koncertu pt. Rzeka Dzieciństwa, z okazji jego 60 urodziny, który odbył się 22 listopada 2003 roku w Rzeszowie, w Hali na Podpromiu. Płyta została także wydana w rozszerzonej edycji jako DVD+CD.
W 2003 roku został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
W ostatnich latach życia poważnie chorował. Między innymi ze względu na niewydolność nerek był dializowany. Zmarł 4 marca 2007
Tadeusz Nalepa został pochowany dnia 12 marca 2007 na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Dnia 19 czerwca 2007 roku odbyło się wielkie telewizyjne widowisko pt. „Wysłuchaj mojej pieśni Panie”, poświęcone pamięci Miry Kubasińskiej i Tadeusza Nalepy. Koncert odbył się w ramach I BREAKOUT FESTIWALU. Zapis DVD I CD tego koncertu ukazał się w 2009 roku.
We wrześniu 2008 r. wydana została płyta W hołdzie Tadeuszowi Nalepie, zawierająca 13 utworów. Autorem projektu jest Jan Borysewicz, razem z którym wystąpili m.in. Piotr Nalepa z zespołem Nie-bo, Paweł Kukiz, Leszek Cichoński, Jerzy Styczyński, Andrzej Nowak, Maciej Balcar, Dariusz Kozakiewicz, Marek Raduli, Maciej Silski, Piotr Cugowski, Marek "Georgia" Pieczara.
Jego synem z małżeństwa z Mirą Kubasińską jest gitarzysta Piotr Nalepa. Drugą żoną Nalepy była Grażyna Dramowicz, występująca wspólnie z nim w jego projektach solowych od 1993.
TOMASZ PAULUKIEWICZ, AUTOR WYWIADÓW
Z Tadeuszem Nalepą znałem się od początku lat osiemdziesiątych. Byłem autorem i współproducentem, wraz z Leszkiem Opiolą, widowiska „Breakout wraca do domu”, które odbyło się 25 maja roku 1985 w hali „Walter” w Rzeszowie. Od tego czasu współpracowałem i przyjaźniłem się z Tadeuszem. Do końca lat osiemdziesiątych byłem jego road manager (w tym czasie managerem był Jerzy Andrzej Byk). Zapowiadałem także koncerty Tadeusza podczas jego tras po całej Polsce.
W 1994 w rzeszowskiej Filharmonii zorganizowałem mu rocznicowy koncert z okazji 30- lecia pracy estradowej. Od 1995 roku zacząłem nagrywać wspomnienia Tadeusza (ostatni wywiad nagrałem z nim pod koniec 2006 roku) . Nagrałem też szereg rozmów z wieloma osobami, członkami jego rodziny, ludźmi którzy go znali i z nim współpracowali. Praca ta zaowocowała zrealizowaniem przeze mnie dwunastu jednogodzinnych audycji radiowych poświęconych Nalepie i Mirze Kubasińskiej. Audycje te przygotowałem na zamówienie ówczesnego dyrektora Radia Rzeszów Jerzego Chłopeckiego. To był naprawdę świetny materiał. Dziesiątki rozmów z wieloma osobami, w tym wielce zasłużonymi dla polskiego show biznesu. Całość ilustrowana nie tylko muzyką Nalepy, ale także utworami innych wykonawców z czasów, o których opowiadała dana audycja, bowiem cykl miał charakter chronologiczny. Niestety audycja nie zachowała się w archiwum rzeszowskiego Radia.
W owym czasie pracowałem w reklamie oraz współpracowałem z I TVP m.in. przy produkcji cyklu audycji „Swojskie Klimaty”.
W roku 2002 podczas jednej z wizyt w Józefowie u Tadeusza zapowiedziałem mu, że za rok zorganizuje mu w Rzeszowie wielki jubileuszowy koncert z okazji sześćdziesiątej rocznicy urodzin. Tadeusz potraktował to początkowo jako żart.
Jednak od wczesnej wiosny 2003 roku zacząłem prace na scenariuszem tej imprezy oraz nad jej produkcją.
W efekcie stworzyłem koncert „Rzeka Dzieciństwa”, który był największym widowiskiem jakie do roku 2003 miało miejsce w Rzeszowie.
Koncert był transmitowany na żywo przez II Program TVP, a następnie ukazał się na DVD i CD jako niestety ostatnia płyta w dorobku Nalepy.
Przy okazji koncertu przygotowałem film na zamówienie TVP pt. "Blues". Był to obszerny wywiad z Nalepą ilustrowany m.in. zapisem z przygotowań do koncertu, fragmentami jego utworów, zdjęciami archiwalnymi, okładkami płyt i fragmentami piosenek.
W roku 2006 wydawnictwo Metal Mind Productions przygotowało reedycję wszystkich płyt jakie Tadeusz Nalepa wydał pod własnym nazwiskiem (z wyłączeniem tych sygnowanych jako Blackout i Breakout). Całość ukazała się w jednym boxie, do którego została dołączona książeczka z opowieścią Tadeusza Nalepy o swoim życiu. Byłem autorem tego wywiadu.
Po śmierci Tadeusza byłem przekonany, że tego wspaniałego artystę należy pożegnać wielkim widowiskiem o charakterze benefisu, który powinien odbyć się w Rzeszowie, jego rodzinnym mieście. Żona Tadeusza, Grażyna gdy jej powiedziałem o moich planach, stwierdziła, że Tadeusz żartował, iż gdyby umarł to Tomek zrobi mu koncert na pożegnanie. Tak też się stało. 19 czerwca 2007 roku odbyło się wielkie telewizyjne widowisko pt. "Wysłuchaj Mojej Pieśni Panie", którego byłem autorem. Od początku uważałem, że koncert ten powinien być zaczątkiem cyklu festiwali rockowych dedykowanych Tadeuszowi i Mirze. W ten sposób powstał Breakout Festiwal.
W trakcie przygotowań do pierwszego Festiwalu, nagrywałem wywiady i wspomnienia z ludźmi, którzy znali Tadeusza. Poświęciłem na tą pracę wiele tygodni. Zebrałem też wielki materiał archiwalny. Wszystko to z zamiarem wydania książki poświęconej Tadeuszowi. Byłem już umówiony z szacownym wydawnictwem „Muza”, że moją książkę złożę do druku do końca 2007 roku. Niestety tak się nie stało.
I Breakout Festiwal okazał się wielkim sukcesem artystycznym. Niestety tylko artystycznym. Władze miasta Rzeszów wycofały się, już po koncercie, z deklarowanego przez siebie, wkładu finansowego w tą imprezę. Chodziło o niebagatelną łącznie kwotę 80 tys zł. Naraziło mnie to olbrzymie kłopoty i kompletnie odciągnęło od prac nad książką o Tadeuszu.
Pragnę tutaj przeprosić wszystkich, którzy poświęcili mi swój czas, udostępnili archiwalia, a także wspierali przy pracy nad tą książką, w tym także niedoszłego wydawcę za to, że do dzisiaj nie wyszła ona z fazy rękopisu. Mam nadzieję, że jednak kiedyś uda mi się ją zakończyć.
A na razie przedstawiam niewielkie fragmenty, nagranej przeze mnie, opowieści o swoim życiu, Tadeusza Nalepy. Wielkiego muzyka i wspaniałego, niezwykłego człowieka.
Urodziłem się w Zgłobniu, pod Rzeszowem, 26 sierpnia 1943 r. Czyli jestem dzieckiem wojny. Z opowiadań wiem, że do mnie strzelano. Konkretnie do wózka, w którym ojciec przewoził mnie, uciekając przed walczącymi ze sobą żołnierzami rosyjskimi i niemieckimi. Cudem uniknąłem śmierci.
Jak miałem dwa lata rodzice przeprowadzili się do Rzeszowa. W domu pamiętam, było dużo muzyki. Mieliśmy "kołchoźnik.". Nie wszyscy to pamiętają, ale montowano po domach takie dwa druty i głośnik. Puszczano tam oprócz oczywistych haseł i pieśni zbiorowych, różne piosenki rozrywkowe. Był też w domu gramofon na korbkę i płyty takie śmieszne, grube. Od dziecka byłem zakochany w muzyce. Moim wymarzonym prezentem na gwiazdkę, to była harmonijka ustna.
W czwartej klasie, zacząłem chodzić do szkoły muzycznej, na skrzypce, gdzie uczył mnie profesor Dziedzic, który był związany z moją rodziną w ten sposób, że grał u mojego dziadka Michała. Bo dziadek miał orkiestrę taką weselną, zabawową, gdzie grał też drugi mój dziadek. Pradziadek był skrzypkiem, grywali też moi wujkowie. Toteż pochodzę z muzycznej rodziny. Polską muzyką ludową mam we krwi, może nawet w nadmiarze i dlatego się wziąłem za coś zupełnie innego. Skrzypce zarzuciłem z prozaicznego powodu, ponieważ rozbiłem je, na głowie jakiegoś tam wyrostka, który mnie przezywał grubas. Bo byłem raczej taki utytłany, z okrągłą buźką. Na jakiś czas dałem sobie spokój z muzyką. Aż pojawiła się gitara; na ulicach, w parkach, na podwórkach. Zacząłem tego słuchać z fascynacją. To było jak miałem czternaście, piętnaście lat.
W szkole podstawowej rozpoczęła się moja fascynacja gitarą. Zacząłem się uczyć na niej grać. Mogłem się już popisywać swoimi umiejętnościami, przed kolegami, dziewczynami. Na podwórku, w parku.
Ale i też od tego czasu, zacząłem się poważnie interesować muzyką. Robiłem sobie jakieś notatki, zbierałem piosenki, opracowywałem je. Bo jak poznałem gitarę, to już wiedziałem, że będzie dla mnie wszystkim.
Jako szesnastolatek zagrałem z kolegami swoje pierwsze dwie imprezy. W Wojewódzkim Domu Kultury w Rzeszowie. I jakoś bardzo fajnie te imprezy przeszły. Nawet balkon się zawalił, bo młodzież tak szalała. Były to już czasy rock'and'rolla.
Wtedy w Polsce rockandrolla śpiewali Wyrobek i Kurtycz i na tym się mój program opierał oraz jakieś, na pewno ckliwe piosenki, bo do tego, zawsze miałem sentyment. Po prostu kochałem tango. Do dzisiaj uwielbiam tango. I słuchać i tańczyć.
Często jeszcze jako ośmio-dziesięcioletni chłopak biegałem pod restaurację "Rzeszowską". Tam od strony kuchni było okno, ukrywałem się tam i nasłuchiwałem.. W "Rzeszowskiej" grali najlepsi muzycy. Wśród nich pan Tadeusz Hejda na akordeonie. Ja to po prostu przeżywałem za każdym razem. Na długie słuchanie nie mogłem sobie pozwolić, bo oczywiście, wciry bym w domu dostał, gdybym przyszedł za późno. Ale nie raz mi się zdarzyło zagapić i za długo posiedzieć.
Najważniejszą rozrywką w tych czasach to było kino. Chodziło się do niego codziennie. Za złotówkę, można było obejrzeć, codziennie inny film, w większości radziecki. Ale pamiętam, że też tam byłem na "Pól żartem pół serio". Interesowałem się bardzo sportem. Fascynował mnie żużel. Stał wtedy w Rzeszowie na bardzo wysokim poziomie. Pamiętam wszystkich. Nazimka, Kapałe, Różańskiego, który również zginął, tak jak Nazimek. Później żużel rzeszowski był zdecydowanie najlepszy w Polsce. Piłkę również obserwowałem, właściwie byłem jakby przypisany "Resovii" , dlatego że brat był kibicem "Stali". Na mecze piłki nożnej, chodziłem od małego dzieciaka.. To były właściwie nasze rozrywki i może jeszcze rzadkie prywatki . Mieliśmy też taki swój klub. Rodzice kumpli wykombinowali jakąś piwnicę, którą sobie urządziliśmy. Pobrzdąkało się tam trochę na gitarach, dziewczyny - oczywiście, normalna rzecz.
Już jako osiemnastolatek trafiłem do zawodowej kapeli, czyli do knajpy. Nazywała się "Kawiarnia Parkowa". Była to normalna knajpa z wyszynkiem. Tam graliśmy parę razy w tygodniu. Początki były fascynujące. Śpiewałem "Marine" tak, że się ludzi na początek bardzo dużo zbiegło. Właściwie cały park był oblepiony, wszystkie ławki. Taka to była mała sensacja. No myślę, że z powodu tego kawałka. Śpiewałem też jakieś inne rzeczy. Dokładnie nie pamiętam już jakie. W śmiesznym składzie graliśmy, trąbka, akordeon, gitara i bębny. W tym składzie jeszcze graliśmy później w innych lokalach. W końcu trafiłem do zespołu Romana Albrzykowskiego uznawanego w tym czasie za najlepszy nie tylko w Rzeszowie ale i w całym Województwie.
Jak w domu powiedziałem, że będę grał u Albrzykowskiego, to stukali się w czoło, że to niemożliwe. Bardzo wspaniale wspominam ten okres u Romka Albrzykowskiego. Właściwie najlepiej, dlatego że tam się bardzo dużo nauczyłem. Zrozumiałem, co to jest praca, punktualność, obowiązki. Romek miał stosunek do młodych ludzi taki właściwie ojcowski, bardzo przestrzegał by u niego w zespole, nie palono i nie pito alkoholu. To mi się przydało, przez jakiś czas, przynajmniej. Tam się nauczyłem życia zawodowego. Kiedy później zakładałem swój zespół, to już miałem przykład, jak rozmawiać z ludźmi, jak z nimi postępować. Tego wszystkiego się u Romana Albrzykowskiego nauczyłem.
Moje zainteresowania muzyczne rozszerzyły się u Romka Albrzykowskiego. Także dzięki Radiu Rzeszów, które wtedy przodował w Polsce w prezentowaniu muzycznych nowości. Szczególnie ciekawe były audycje Ryszarda Ataman z muzyką rockandrollową.
Z Romanem Albrzykowskim graliśmy w małym klubowym składzie, który na większe imprezy zmieniał się w big band. Dochodzili ludzie z orkiestry symfonicznej, przede wszystkim dęciaki. Mile ten czas wspominam. Była znakomita atmosfera w zespole. Wspaniali ludzie.
Warto powiedzieć o moich zarobkach. Pierwsza moja wypłata była makabrycznie wysoka. Bo w zakładzie gastronomicznym, tak się knajpy wtedy nazywały, za miesiąc grania zarobiłem 2400 zł, a mój tata w tym czasie tylko 1700. Tak, że można powiedzieć, miałem ból głowy co robić z pieniędzmi. No bez przesady, bo tych zawsze było, ciut jak by za mało, ale oczywiście większość oddałem do domu. Później były okresy u Romana Albrzykowskiego, gdzie zarabialiśmy naprawdę bardzo dużo. W okresie karnawału zarabiałem za miesiąc 9 tysięcy zł. To jest przyzwoita sprawa tego zawodu, że może te pieniądze nie są regularne, ale są czasy kiedy się zarabia bardzo, bardzo dużo.
Kiedyś odeszła z zespołu wokalistka i szukaliśmy nowej. Ktoś usłyszał w jakiejś audycji w radiu," Mikrofon dla wszystkich", czy coś takiego, początkującą piosenkarkę Mirę Kubasińską. Stwierdził, że bardzo fajnie śpiewa. Okazało się, że ja mam jej adres. Ponieważ, kiedy grałem w "Przodowniku", to przyjechał tam na kolacje jakiś zespół taneczny z Ostrowca Świętokrzyskiego, z którym Mira nie tylko tańczyła, ale i śpiewała. . I wtedy ją poznałem i stąd ten adres. Sprowadziliśmy Mirę do Rzeszowa. Szybko odnalazła się w zespole. Oczywiście byliśmy od początku narzeczeństwem.
W 1963 roku urwaliśmy się z zespołu i wystartowaliśmy w Szczecinie na II Festiwalu Młodych Talentów. Śpiewając, jakimś dziwnym narzeczem "Let's Twist Again". Mira śpiewała jeszcze "Gitarę Romana". I jakoś nam się udało, w tym Szczecinie. Nie na miarę naszych możliwości i apetytów. Nagrodzono nas najwyżej z duetów, ale byliśmy poza złotą dziesiątką. Mira płakała, że nas trochę skrzywdzono. Jednak to fachowcy tam zajmowali się oceną, a nasze pojęcie o estradzie było praktycznie żadne.
Wróciliśmy do Rzeszowa. Mira rozpoczęła występy w kabarecie "Porfilion" Estrady Rzeszowskiej, a ja zacząłem zakładać zespół. Wcześniej, dużo czasu spędzaliśmy w tym kabarecie , do którego zaangażował nas dyrektor pan Julian Krzywka. Mira okazała się dobrą kabaretową aktorką. Bardzo dobre recenzje miała. Ja tam tylko byłem jednym z muzyków. Tam nauczyliśmy się tam też wielu zawodowych spraw. Przede wszystkim, prawidłowej wymowy, dykcji. No, ja na tyle, na ile mogłem. W każdym bądź razie do tego czasu mówiłem bardzo nie wyraźnie i jak mi się wydaje nie szczególnie prawidłowo. Lepiej było z Mirą, która zawsze mówiła ładnie.
W krótkim czasie, w 1964 roku wzięliśmy ślub. Mój wymarzony syn, Piotrek urodził się w 1965 r.
W tym czasie po raz pierwszy poszedłem na występ „Niebiesko Czarnych” z Czesławem Niemenem i Burano, którzy bardzo mi się spodobali. Pomyślałem - przecież ja jestem wstanie również taki zespół stworzyć. Zacząłem szukać chłopaków. do zespołu, który później miał się nazwać „Blackaut”. Przyciągnąłem najpierw Krzyśka Potockiego, który grał w tym czasie w „Rzeszowskiej” na fortepianie i Józka Hajdasza, który grał na bębnach. Spotykaliśmy się codziennie. Pamiętam jak Józek mówił o stu tysiącach gitar i dziesięciu tysiącach perkusji. Takiej przenośni używał, bo on, tak jak ja rozumiał, że trzeba grać muzykę mocną, głośną. Potem pojawił się Staszek Guzek., który w mojej ocenie przyzwoicie śpiewał. Później okazało się, że śpiewa nie tylko przyzwoicie, ale bardzo dobrze i został pierwszym wokalistą. Kolejnym muzykiem był Andrzej Zawadzki. Od początku z nami była moja żona Mira, która w tym czasie miała jeszcze kontrakt z zespołem „London Beat”.
Pierwszy występ daliśmy w klubie „Łącznościowca”, na tzw. w Rzeszowie „poczcie”. Przyjęto nas bardzo przychylnie. W tym klubie mieliśmy próby, a ja obiecywałem chłopakom, choć sam nie do końca w to wierzyłem, że nasze granie przyniesie nam w przyszłości niezłe pieniądze.
To co graliśmy to były zachodnie kawałki, pod które teksty pisałem naprędce sam. Wszystkie traktowały o miłości. Nie dlatego, że byłem do tego przekonany, tylko, że nie miałem pomysłu na napisanie czegoś innego. W końcu Staszek Guzek pomyślał o autorze tekstów i przyprowadził Bogdana Loebla, którego znał z jakiegoś tam kółka młodych poetów. Pierwsze napisane przez niego teksty były dosyć chropawe, trudno je było śpiewać. Po pewnym czasie wszystko się ułożyło. Teksty były łagodne, dobrze współgrały z formą melodyczną.
Współpraca z Bogdanem Loeblem sprawiła, że mieliśmy na koncie kilka własnych piosenek i wystartowaliśmy w zorganizowanej w Rzeszowie bodajże drugiej edycji Targów Piosenki. Szanowne jury, któremu przewodniczył Mateusz Święcicki oceniło, że na gitarach gramy przyzwoicie. Jednak ani śpiew Staszka Guzka ani mój nie przypadł im do gustu.
Z tego powodu zaproponowano nam nagranie kilku piosenek w Warszawie z innym wokalistą, Jerzym Bąkiem. Nie pamiętam dokładnie czy ktoś źle wszystko dograł, czy Jurek nie chciał z nami śpiewać, ale wyszło tak, że na nagranie zjawiliśmy się sami. Radiowcy, w tej sytuacji nie chcieli nas nagrać, ale postawiliśmy ich przed faktem dokonanym mówiąc – przyjechaliśmy taki kawał z Rzeszowa, nie mamy za co wrócić, musimy coś nagrać. I nagraliśmy kilka piosenek, między innymi noszącą tytuł „Boję się psa”.
Chyba nie wypadliśmy tak źle, bo w jakiś czas później zaproszono nas na następne nagranie. Dokładnie zrobił to Sławek Pietrzykowski, który zajmował się w radiu lansowaniem nowych wykonawców i piosenek. Wśród kilku nagranych utworów była między innymi „Anna”, którą jako pewien pierwowzór pod innym tytułem śpiewała Mira na festiwalu w Opolu. Ja troszeczkę przerobiłem muzykę, Bogdan Loebl napisał tekst i okazało się to wielkim hitem. Chodziło w radio na okrągło.
Graliśmy coraz więcej, choć skład trochę się zmienił. Andrzeja Zawadzkiego zastąpił Andrzej Solecki, którego pozyskałem z innego rzeszowskiego zespołu. Poza tym doszedł Piotrek Nowak z Gorlic.
Obiecywałem cały czas chłopakom i Bogdanowi Loeblowi, że będziemy nagrywać płyty, i w końcu to się ziściło. W warszawskim klubie „Stodoła” zorganizowano prezentacje młodych wykonawców dla Polskich Nagrań. Jako człowiek obowiązkowy pojechałem z zespołem i jak się okazało byliśmy jedyni. To, że nie baliśmy się przyjechać bardzo spodobało się ówczesnemu dyrektorowi artystycznemu Polskich Nagrań Ryszardowi Sielickiemu. Powiedział, że jest gotowy nagrać z nami dużą płytę. I tak nagraliśmy nasz pierwszy, wymarzony longplay, na którym znalazły się nasze największe przeboje, w tym „Anna” i „Te bomby lecą na nasz dom”.
W lecie 1967 roku wybraliśmy się na występy do Sopotu i w kilka innych miejsc województwie gdańskiego. W czasie jednego z występów doszło do nieprzyjemnej sytuacji. Staszek Guzek wdał się w dyskusję z publicznością, której nie podobały się jego gadki. Zaczęli gwizdać. On w odpowiedzi zwyzywał ich od gołębiarzy. Widząc co się dzieje zacząłem nabijać następny utwór. On odgryzł się do mnie. Na takie zachowania nie mogłem sobie pozwolić. W przerwie podziękowałem mu za współpracę.
Sprawa pożegnania się ze Staszkiem Guzkiem gryzła mnie długo. Myślałem nawet, że się pogodzimy, że wróci, ale się nie udało. Moim zdaniem Staszek miał takie inklinacje, no gwiazdorskie.
Po odejściu Staszka „Blackaut” istniał, choć nie był tym samym zespołem. Zacząłem myśleć o kimś kto by nami pokierował, zorganizował nam dobrze występy. Tak doszło do nawiązania współpracy z Franciszkiem Walickim, który uznawany był za dobrego menadżera, człowieka który ma czuja w ustawieniu zespołu, dobrania mu repertuaru.
Walicki zaczął od propozycji zmiany nazwy zespołu. Przy czym uważał, że powinna być to nazwa podobna, która nie przekreśli wszystkiego co było wcześniej, a jednocześnie zaznaczy, że robimy coś nowego. To Walicki wymyślił też nazwę „Breakout”.
Pierwszym, dużym wydarzeniem „Breakaut” było kilku miesięczne tourne do Holandii, podczas którego po raz pierwszy zetknęliśmy się z kulturą i klimatem zachodu. Uderzył nas na przykład fakt, że na jednej małej uliczce jest dwadzieścia klubów i w każdym z nich słychać muzykę. Z Holandii przywieźliśmy mnóstwo doświadczeń, dobry sprzęt muzyczny i wzmacniacze.
Wkrótce po powrocie nagraliśmy płytę „Na drugim brzegu tęczy”, gdzie większość tekstów napisał Jacek Grań, czyli Franciszek Walicki. Dużo było na tej płycie elementów zachodu, które podpatrzyliśmy w Holandii i ożywczej świeżości. Szybko okazała się hitem. Nasze akcje bardzo wzrosły.
Z płytą „Na drugim brzegu tęczy” wiąże się jedna, dosyć istotna sprawa w mojej działalności muzycznej, związana z Włodkiem Nahornym. Jak to się zwykle robi najpierw nagraliśmy podkłady czyli perkusję, gitarę i bas oraz wokal, pozostawiając na koniec tak zwane dziury, które miałem wypełnić solówkami gitarowymi. W tym momencie kierownik nagrań, znany kompozytor Wojciech Piętowski, powiedział mi: „Słuchaj Tadziu, tutaj jest taki bardzo zdolny, młody chłopak, Włodek Nahorny, który gra na flecie, alcie, fortepianie. On te dziury wypełni idealnie.” Jak powiedział Nahorny to zaświtało mi, że to chyba jest ten facet, który wygrał „Jazz nad Odrą”. Skoro wygrał to musi być bardzo dobry i zgodziłem się. Nahorny znakomicie wypełnił te dziury, a płyta zyskała na wartości. Potem pracowaliśmy wspólnie przez kilka lat.
W kolejnym, 1970 roku nasza popularność ciągle rosła. Prawdę mówiąc miałem tego dość, przerażało mnie to, dosłownie nie mogłem przejść spokojnie ulicą.
W tym czasie w zespole nastąpiły małe zmiany. Muzolfa, który ożenił się z Holenderką i wyjechał do Holandii zastąpił Józek Skrzek. Ta zmiana pociągnęła za sobą kolejną. Do Skrzeka jakieś „ale” miał Franciszek Walicki, ja uważałem, że jest niezbędny w zespole. To sprawiło, że musiałem się z Walickim rozstać.
W składzie z Józkim Skrzekiem i towarzyszącym nam Włodkiem Nahornym nagraliśmy płytę „70A”. Była ona utrzymana w klimacie „Na drugim brzegu tęczy”, choć spokojniejsza. Zawsze bardzo ją lubiłem.
Rok 1970 zapisał się dla nas jeszcze jednym, tym razem nieprzyjemnym wydarzeniem, w czym dopomogli nam niestety muzycy z zespołu „Niebiesko- Czarni”. Podczas jednego z naszych wspólnych występów w telewizji, „Niebiesko- Czarni” stali za nami i śmiali się do kamery z naszych długich włosów. Zwróciło to uwagę władców telewizji, którzy uznali, że skoro muzycy śmieją się z naszych długich włosów to najlepiej z tym skończyć. Wpisano nas na czarną listę i na kilkanaście lat odstawiono od pokazywania w telewizji.
Człowiekiem, który bardzo mnie inspirował jeśli chodzi o bluesa był potrafiący wspaniale go zagrać na fortepianie Józek Skrzek. Skrzek nie bardzo jednak lubił Hajdasza. Po jednym z koncertów oglądaliśmy w telewizji, wspólnie z duża grupą innych ludzi, mecz piłki możnej pomiędzy Górnikiem Zabrze a Legią Warszawa. W pewnym momencie pomiędzy Skrzekiem, a Hajdaszem wywiązała się nieprzyjemna dyskusja, którą Skrzek podsumował stwierdzeniem „ty się znasz na piłce nożnej tak samo, jak na muzyce”.
Uciszyłem ich, a w autobusie powiedziałem Skrzekowi, co o jego zachowaniu myślę. On się śmiertelnie obraził, a wkrótce potem odszedł i założył własną kapelę „Silesian Blues Band”, która potem, zresztą za moją namową, przyjęła krótszą nazwę SBB.
Po odejściu Skrzeka pomyślałem, że teraz najwyższy czas zacząć szukać muzyków pod kątem grania bluesowego. Taki zamiar tkwił we mnie od dłuższego czasu, tylko nie byłem pewny jak ta zmiana odbije się na zespole, na jego ogromnej popularności. W każdym razie przygotowałem cały materiał bluesowy z kawałkami „Oni zaraz przyjadą tu”, „Kiedy byłem małym chłopcem”. Ta zmiana odpowiadała również Bogdanowi Loeblowi, bo pisane przez niego teksty były o wiele lepsze niż te za czasów „Blackautów”.
Przy tworzeniu nowego składu zespołu pomógł mi Tadek Trzciński, który był moim sąsiadem w Warszawie, gdzie mieszkałem w wynajmowanym mieszkaniu. To on przyprowadził Darka Kozakiewicza, który okazał się świetnym gitarzystą. Na basistę wybraliśmy Jurka Goleniewskiego.
Tak utrwalił się skład, z którym natychmiast pojechaliśmy na trasę po województwie rzeszowskim. Wkrótce potem nagraliśmy płytę „Blues”, która okazała się znakomita., biła wszelkie rekordy popularności i nakładów.
Wyszło dobrze, postanowiłem jednak nie odrzucać tego wszystkiego, co robiliśmy dotychczas. Tak nagraliśmy płytę „Mira”, na której znalazły się pisane specjalnie dla Miry Kubasińskiej nie związane z bluesem różnego rodzaju ballady.
Miałem już nagrane kilka płyt, a w dalszym ciągu nie byłem członkiem „ZAIKS-u”, co sprawiało, że nie mogłem korzystać z pieniędzy, które z tytułu tych nagrań wpływały na jego konto. W końcu wykorzystałem jakieś swoje układy i przyjęto mnie. Na koncie „ZAIKS-u” uskładało się około 1,5 miliona złotych. Na ówczesne czasy była to olbrzymia suma, która jednak rozeszła się na mieszkanie, zakup sprzętu muzycznego, wzmacniaczy, gitary. Życie muzyka kosztuje.
Po pewnym czasie wezwano mnie do Urzędu Skarbowego w Rzeszowie, gdzie wciąż byłem zameldowany. W Polsce w tym czasie można było zarobić maksymalnie 96 tysięcy złotych rocznie, a od wszystkiego powyżej trzeba było płacić horrendalne podatki. Od 1,5 miliona to musiałoby być z 800-900 tysięcy, a ja nie miałem już nic. Z przysłowiową duszą na ramieniu poszedłem do skarbówki. Urzędnik popatrzył na moje papiery, wymamrotał Nalepa, Nalepa i zapytał „A czy znał pan Michała Nalepę?” Znałem – odparłem - to był mój dziadek, który był skrzypkiem i miał własną kapelę. To był wspaniały muzyk – oznajmił urzędnik - w młodości chodziłem na wszystkie wesela i zabawy, na których on grał. Tak zgadaliśmy się o dziadku, muzyce, o mnie. Zrobiła się przyjemna atmosfera i ten urzędnik wziął te moje papiery, porwał i wyrzucił do kosza. Zostałem uratowany, a wszystko dzięki cudownemu zadziałaniu ducha mojego dziadka.
Dużo pracowaliśmy. Dużo jeździliśmy na koncerty po kraju i zagranicę, w tym do Holandia i Norwegia. Ciągle też starałem się utrzymywać rytm dwóch płyt w roku. Jednej bluesowej, jednej pod szyldem „Breakaut”, firmowanej przez Mirę. Po „Bluesie” kolejną płytą z tego odcienia było „Karate”. Kolejną płytą Miry był zaś „Ogień”, który nagraliśmy już ze Stefanem Płazą, bardzo dobrym bębniarzem.
Następna płytą bluesową były „Kamienie”, z bardzo cennymi kawałkami jak choćby „Modlitwa”. Nasi fani bardzo lubią „Modlitwę” i gramy ją niemal na wszystkich koncertach.
Gdzieś w tym czasie dostaliśmy propozycję wyjazdu do Związku Radzieckiego. Z tych co wyjeżdżali do Związku Radzieckiego jak choćby „Polanie” czy „Skaldowie” zawsze się śmiałem. Myślałem – biedacy nie mają co robić w Polsce, więc jadą tam. W końcu i ja dojrzałem jednak do tych wyjazdów. W sumie byliśmy w tym wielkim kraju cztery razy, spędziliśmy w nim ponad rok, zobaczyliśmy mnóstwo cudownych rzeczy i zarobiliśmy kupę szmalu.
Jedynym negatywem tych wyjazdów było to, że zaczęliśmy ostro pić. Również ja, któremu wcześniej się to nie zdarzało. Po pierwsze piłem dlatego, że w Rosji nie do wytrzymania było przetrwanie takich długich, trzy miesięcznych tras bez wódki. Po drugie ze względu na muzyków. Praca w sytuacji kiedy ja byłem trzeźwy, a oni po jakimś alkoholu, była nie do zniesienia.. Po prostu mnie to wściekle denerwowało. Umówiłem się też z Goleniewskim i Andrzejem Tylcem, bębniarzem, który w tym czasie był z nami, że zachowujemy się w taki sposób, żeby nic nie wymknęło się spod kontroli. Jeżeli pijemy, to tylko razem i najwyżej jedną butelkę dziennie. Normalnie graliśmy dwa koncerty dziennie. No i szybko okazało się, że pijemy po jednej butelce, ale na koncert. Później poszło to jeszcze dalej i na koncert każdy przynosił swoją butelkę. W efekcie tego zaczęliśmy ostro trąbić i popadliśmy w pewien rodzaj alkoholizmu. Na szczęście po powrocie do Polski nam to przeszło.
Nagraliśmy kolejne płyty. „NOL”, przy nagraniu której po raz pierwszy wykorzystaliśmy hammonda. Później „ZOL” i „Żagiel ziemi”.
W 1975 roku podczas jednej z przypadkowych wizyt w podwarszawskim Józefowie zainteresowałem się dużym, starym domem i jeszcze większym, bo dwu hektarowym ogrodem, które mi się bardzo spodobały. No i postanowiłem to kupić. W remont tego wszystkiego włożyłem ogromne pieniądze, ale mam tu spokój, dobrą wodę, świeże powietrze. Do Józefowa przeniosłem całe swoje, niemałe archiwum, rożne taśmy, płyty.
Gdzieś pod koniec lat osiemdziesiątych, chyba w Sztandarze Młodych ukazał się tekst mówiący, że zespół „Breakaut” nie istnieje. Chcę wyraźnie powiedzieć, że nigdy zespołu „Breakaut” nie rozwiązywałem. I jeśli nawet on formalnie nie działa to istnieje coś jak nazwa „Breakaut”. Poza tym właściwie zespół „Breakaut” to od początku do końca był tylko Tadeusz Nalepa. To ode mnie zależało wszystko, to ja dobierałem sobie ludzi, to ja decydowałem o wydawaniu kolejnych płyt. No może poza pierwszym okresem kiedy współpracowałem z Franciszkiem Walickim, który był pomysłodawca nazwy zespołu i miał swój udział w wydaniu płyty „Na drugim brzegu tęczy”.
Na początku stanu wojennego, kiedy jeszcze za bardzo nie mogliśmy się przemieszczać, nawet między Józefowem a Warszawą, przyjechał do mnie Janek Borysewicz, który był wcześniej ze mną w Rosji. Zaproponował mi, żeby przygotował płytę dla Izy Trojanowskiej, która rozstała się z Budką Suflera. Iza uprawiała muzykę całkiem inną niż moja, ale sama zawsze mi się podobała. No i tak dla żartów powiedziałem - zgadzam się. Następnego dnia Janek przyjechał do mnie z Izą i jej mężem Markiem. Głupio było mi się już wycofać. Przygotowałem muzykę i kilka tekstów piosenek, a potem pomogłem w nagraniu płyty, na której znalazł się między innymi bardzo ostry tekst Izy „Godzina zero” i mój „Dawali ci dom”. Przez te teksty płyta nie mogła się ukazać.
Zniechęcona sytuacją w kraju Iza wyjechała na stałe do Niemiec Zachodnich, a płyta, w powstaniu której miałem swój udział, ukazała się dopiero po wielu latach.
W moim życiu prywatnym zaszła zasadnicza zmiana. Rozeszliśmy się z Mirą.
Jeśli chodzi o grę to sporadycznie brałem udział w jakichś imprezach. Podczas jednego z pobytów u rodziny w Rzeszowie, działacze „Alma Artu” zaproponowali mi zorganizowanie wspominkowej imprezy z okazji 20-lecia zespołu „Breakaut”, pod dosyć przewrotnym hasłem „ Breakaut wraca do domu”. Zgodziłem się i w maju 1985 roku przy tłumie ludzi z całej Polski zagraliśmy na hali „Waltera” w Rzeszowie. Z muzyków oprócz mnie zjawili się Marek Służyn, Józek Skrzek, Bodek Kowalewski, który zaczynał od „Breakautów”, a później przez wiele lat grał z „Mannamem”. Poza tym był Artur syn Józka Hajdasza.
W tymże 1985 roku nagrałem pod własnym nazwiskiem kasetę dla wydawnictwa Merimpex z Poznania. Znalazły się na niej między innymi takie utwory jak „Nauczyłem się niewiary”, „Zasady gry”, „Kamienie”. Pierwsze nakład znakomicie się rozszedł, ale później władze wprowadziły dodatkowe opłaty za rozprowadzanie kaset i Merimpex zrezygnował z wydania kolejnego.
W 1986 roku nagrałem płytę na żywo „Live”. Zrobiliśmy to w Teatrze Wielkim w Łodzi, a stroną techniczną tego przedsięwzięcia zajmował się Andrzej Puczyński, który później stał się bardzo znanym właścicielem studia i agencji Izabelin Studio. Podczas tego nagrania Marka Służyna, który wyjechał na kontrakty gdzieś do Arabów, zastąpił Jarek Szlagowski, muzyk grający wcześniej na bębnach w Lady Pank i Oddziale Zamkniętym. Spięcie wynikające z fakty, że nagrywamy na żywo i nie można nic powtórzyć miała swoje znaczenie. Ta płyta nie jest taka jak bym chciał.
W tym samym roku nagraliśmy dla Polskich Nagrań kolejną płytę bluesową „Sen Szaleńca”, a w zespole po raz pierwszy pojawił się Tomek Szukalski. Tomka bardzo ceniłem za to co potrafił zrobić z saksofonem, zresztą na płycie znakomicie to słychać.
Jesienią 1986 roku wzięliśmy udział w Jazz Jamboree, otwierając występ B.B. Kinga. Wspólne granie w jednym miejscu z Kingiem to była nie lada gratka. Ta impreza miała też inny ważny aspekt. Zadebiutowała z nami Grażyna Dranowicz, bardzo młoda osoba, w której się szybko zakochałem, a później ożeniłem.
Grażyna śpiewała, co sobie bardzo ceniłem, bo w ten sposób rozjaśniała mój niski, ponury głos. Poza tym to Grażyna inspirowała mnie do tego, żebym istniał, żebym grał.
Niejako podsumowaniem bardzo owocnego 1986 rok były laury w plebiscycie „Jazz Forum”. Wygrałem w kategoriach muzyk, gitarzysta, kompozytor roku, a w kategorii wokalista znalazłem się na drugim miejscu za Ryśkiem Rydlem.
Zaraz potem „Jazz Forum” zorganizował dla wyróżnionych trasę po Polsce. Ze względów oszczędnościowych Marcin Jacobson, który był organizatorem tej trasy, a zarazem menadżerem zespołu Dżem wymyślił, że wszystkim wykonawcom będzie akompaniował właśnie Dżem. Nie stawiałem się, choć może powinienem tak zrobić i pojechałem bez swojego zespołu. Bodek Kowalewski ciężko się za to obraził i powiedział, że już nie będzie grał ze mną.
Na trasie okazało się, że z Ryśkiem Rydlem z Dżemu są kłopoty związane z używaniem przez niego narkotyków. Marcin Jacobson załatwił mu stałego opiekuna z Monaru, ale to nie dawało rezultatów. Koniecznym stało się wysłanie go na leczenie. Poproszono mnie, żebym chwilowo zastąpił go w Dżemie. Po rezygnacji Bodka mój zespół był niekompletny. Zgodziłem się.
Wspólnie z Dżemem daliśmy sporo występów, byliśmy na Jazz Jamboree i na wyjeździe do Czechosłowacji. Ponadto nagraliśmy wspólnie płytę, do której się jednak specjalnie nie przykładałem, wybierając jakieś stare, niebluesowe kawałki. Wszędzie, również podczas nagrania tej płyty, towarzyszyła mi oczywiście Grażyna.
Po rozstaniu z Dżemem skompletowałem na nowo swoją kapelę. Jej skład opierał się na Andrzeju Ryszce, który grał na bębnach, Leszku Cichońskim – gitara, Władku Krakusie – bas. Bardzo mi też zależało, żeby nagrać płytę, w której mógłbym powiedzieć, co to jest blues Nalepy i uciąć w ten sposób wszelkie dyskusje na temat czy to jest prawdziwy blues, czy piosenka bluesowa, czy rythm & blues. Przy nagraniu tej płyty obsada została poszerzona w niektórych momentach, o mojego syna Piotrka, który grał na basie, a jej tytuł brzmiał „To mój blues”. Znalazły się na niej między innymi takie utwory jak „To mój blues”, nagrany jeszcze z Izą Trojanowską oraz „Hołd”, „Ten o Tobie film”, „Musisz walczyć”. Darzę te płytę ogromnym sentymentem i uważam za najlepszą z nagranych do tego czasu.
Po nagraniu płyty „To mój blues” wylądowałem w szpitalu z wylewem krwi do mózgu. Przez długi czas byłem nieprzytomny, utrzymywano mnie tylko na kroplówkach. Z takich zdarzeń nie wychodzi się najczęściej żywym, mnie się udało, choć nie zupełnie. Już wcześniej miałem problemy z nerkami. Ten pobyt w szpitalu ich stan pogorszył i jasnym stało się, że muszę się systematycznie dializować.
Moją chorobę i pobyt w szpitalu bardzo mocno przeżyła mama, kobieta, która sama była bardzo schorowana. Kiedyś powiedziała mi coś takiego: „nie pozwolę, żebyś ty umarł wcześniej ode mnie”. I jakby z premedytacją bardzo szybko zmarła. Było to dla mnie dodatkowe tragiczne przeżycie. Rozpocząłem dializy, choć nie zerwałem z aktywnym życiem.
Po raz pierwszy wyjechałem do Stanów Zjednoczonych, wywożąc przy okazji ze sobą Piotrka i ratując go w ten sposób przed wojskiem. Nie mam nic przeciwko służbie w wojsku, uważam że jest to obywatelski obowiązek, ale są ludzie, którzy się do tego nie nadają. Tak było z moim synem, który miał na to odpowiednie papiery wystawione przez lekarzy z komisji wojskowej. Jednak wojskowe trepy zrobiły po swojemu i uznały, że może iść do wojska. Kiedy próbowałem to z nimi wyjaśniać, zaczęli mnie straszyć, że wyślą syna do karnej kompanii. Pomyślałem – z trepami nie wygrasz, trzeba Piotrka wywieźć na jakiś czas do USA, niech pooddycha świeżym powietrzem.
Warunki finansowe wyjazdu do USA były bardzo dobre. Zagraliśmy kilka imprez, bardzo sympatycznie witała nas Polonia, choć ta wylewność chwilami męczyła mnie. Przykładowo podchodzi do mnie po raz kolejny mieszkający w Stanach kolega z roku, łapię za rękę, na której mam zamontowaną przetokę do dializ i muszę uważać, żeby mi tam czegoś nie zrobił, ściska i mówi: „Tadziu pamiętasz mnie?” Ja mu mówię, pewnie, że pamiętam, podaję jego imię i nazwisko, ulicę na której mieszkał, numer bloku, klatkę, a on dalej łapie mnie za rękę i pyta ”Ale czy mnie pamiętasz?”.
Innym, bardzo ważnym wspomnieniem ze Stanów był wzięty właśnie tam ślub z Grażyną. Lecieliśmy na niego kilkoma samolotami, z których jeden prowadziłem osobiście. Ślub, później dwa dni wesela, związana z tym cała oprawa, to były kapitalne przeżycia.
Zdrowie coraz bardziej mi szwankowało, a życie układało w rytm dializ, które miałem już trzy razy w tygodniu. Oczywiście nie poddawałem się, chciałem pracować i grać, a nie być inwalidą. Przez jakiś czas grałem w składzie z zespołem After Blues, składającym się z dwóch chłopaków ze Szczecina. Jeden Leszek Piłat bardzo sprytnie grał na bębnach nogami, na basie i śpiewał. Drugi Waldek Baranowski grał na gitarze i pomagał trochę na bębnach. Jak ich pierwszy raz usłyszałem to był dla mnie szok. Nie chciało mi się wierzyć, że dwóch ludzi gra jak cały, bardzo dobry zespół. Graliśmy pomiędzy moimi dializami, a w sytuacjach awaryjnych oni byli na tyle samodzielni, że robili to sami. W sumie w ciągu jednego roku daliśmy ponad sześćdziesiąt koncertów.
W 1990 roku po raz kolejny pojechałem do Stanów Zjednoczonych pograć, choć przede wszystkim odwiedzić syna Piotrka. Tak jak już mówiłem musiałem się trzy razy w tygodniu dializować, co zmuszało mnie do bycia w jednym miejscu. Przez miesiąc graliśmy też w największym klubie polonijnym w New Jersey. Na koniec mieliśmy duży koncert w Lime Light czyli kościele przerobionym na salę koncertową, w którym grał już wcześniej Maanam, i Lady Pank. Owacyjne przyjęcie naszych występów sprawiło, że przedłużyłem swój pobyt o dwa tygodnie dłużej niż zakładałem. Miałem na miejscu dobrą opiekę lekarską, kochającą żonę, syna, dobrze zarabiałem, a jednak przedłużający się pobyt w Stanach bardzo mi doskwierał. Nie wiem skąd się to brało, ale zatęskniłem i wróciłem do Polski.
Po powrocie dogadałem się z Polskimi Nagraniami i wydałem płytę „Absolutnie”, przy której nagraniu pomógł nam Darek Jamróz, bardzo sprawny muzyk klawiszowy. Znalazły się na niej pewne starsze rzeczy, z których najbardziej sobie cenię nową wersję utworu „Nocą puka ktoś”. Przekonałem się, że jestem w zupełnie dobrej formie wokalowej, mimo ciągłym dializ. W tym samym składzie nagraliśmy również muzykę do filmu „Śmierć”. Muzyka ta została nagrodzona na festiwalu w Gdyni, co było dla mnie miła niespodzianką.
Dializy coraz bardziej osłabiały mnie, miałem przykurcze rąk. Zacząłem myśleć o przeszczepie. Byłem jednak po wylewie do mózgu i lekarze mówili, żebym jeszcze trochę odczekał.
Zacząłem bardzo mocno tęsknić za Piotrkiem. Chciałem żeby wrócił do Polski, był ze mną i pomógł mi w nagraniach jako gitarzysta. Przy okazji pobytu w Stanach okazało się, że najlepiej gra się mi właśnie z Piotrkiem. To była bardzo prosta zasada: albo ja grałem solówkę, on akompaniował, albo ja akompaniowałem, on grał solówkę. Nie musieliśmy się w ogóle umawiać. Co krew, to krew.
I Piotrek przyjechał. Ledwie przyjechał, ledwie zaczęliśmy rozmawiać o naszym wspólnym graniu, a tu nagle dostałem telefon, że mam się zgłosić na przeszczep. Pamiętam dokładnie to było w przeddzień Wigilii Świąt Bożego Narodzenia 1992 roku. Z jednej strony cieszyłem się, z drugiej trochę bałem. No i te święta, które chciałem spędzić z rodziną.
Ostatecznie zdecydowałem się jednak. Przeszczep udał się. Szybko zapomniałem o dializowaniu, znów wszystkie dni tygodnia były moje. W miesiąc później doszło jednak niespodziewanie do kolejnego wylewu.
Jednak ja nie poddaje się nigdy chorobom. Po miesiącu od wylewu zdecydowałem się nagrywać płytę. Była to płyta „Jesteś w piekle”. Gitarowo jakoś mi tam wyszło, wokalnie nie za bardzo. Po przeszczepie głos mi się trochę podwyższył, tonacje nie za bardzo do mnie pasowały, i w ostatniej chwili musiałem je zmieniać.
Od początku lata dziewięćdziesiątych życie upływa mi spokojniej jak dotychczas. Zostałem dziadkiem. Piotrkowi urodziła się córeczka Julia.
W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych nagrałem jeszcze dwie płyty, a ostatnią zatytułowaną „Sumienie” w roku 2001.
W roku 2003, po długiej chorobie zmarł mój ojciec. I tak oto stałem się najstarszy w rodzinie Nalepów.
Skończyłem sześćdziesiąt lat w 2003 roku. Z tej okazji odbył się w Rzeszowie koncert pt. „Rzeka Dzieciństwa”, transmitowany na żywo przez TVP, a którego zapis, wydany przez „Metal Mind”, ukazał się niedawno na DVD.
Koncert był bardzo dobrze zorganizowany, wspaniale dopisała publiczność. Dla mnie jednak to był duży wysiłek. Takie widowisko wymaga wielu godzin prób. Próba kamerowa, próba dźwiękowa, oświetleniowa. Człowiek cały dzień jest na tej scenie, nie ma kiedy zjeść, zjeść to pół biedy, ale jakoś wypocząć.
Było to koncert pełnowymiarowy, ja ze sceny przez cały czas praktycznie nie schodziłem. Tak, że jak na siebie teraz patrzę, to wydaje mi się, że najlepiej nie wyglądałem. Natomiast od strony muzycznej jestem z tego koncertu bardzo zadowolony. Z przyjemnością sobie z trzy razy go przesłuchałem. Jest dobre granie gitarowe, fajny hamond. Przygotowywałem tę materiał do wydania, i muszę powiedzieć, że tam żaden dźwięk nie został wgrany ani poprawiony. To jest sto procent tego co było na „żywca”, tak to poszło do telewizji, a potem na DVD. Mogę się tą moją „sześćdziesiątką” pochwalić, bo tam jest kawałek dobrej muzyki. Do udziału w tym koncercie zaprosiłem oczywiście Mirę. Koncert chciałem właściwie poświęcić Breakoutom, a Mira była gwiazdą tego zespołu. To był jej bardzo udany występ.
Zaśpiewał także Staszek Sojka. Jego wykonanie „Kiedy byłem małym chłopcem” to majstersztyk. Energia, pełna improwizacja, przecież myśmy żadnej próby nie mieli... Kto by takie kawałki próbował?
Wśród innych w koncercie wzięła udział również Małgorzata Korzonek. Bardzo utalentowana. Specjalnie dla niej napisałem bardzo piękny kawałek, posunąłem się nawet do tego, że babski tekst napisałem
W tym czasie nie było Staszka Guzka w Polsce, bo jakby był to bym jego pewnie też zaprosił.
Przed koncertem zadzwoniłem też do Cześka Niemena. Poprosiłem go żeby zaśpiewał dwa kawałki z tego okresu kiedy ja go pierwszy raz zobaczyłem i co było dla mnie objawieniem. Czyli „Pretty Woman”, który uważałem, że lepiej śpiewał od Roya Orbisona i „Dom Wschodzącego Słońca”. Czesiu mi powiedział: „ Tadziu, ja nie chodzę, ja nie wiem czy w październiku w ogóle będę na chodzie”. No i niestety wszyscy wiemy, że mu się zmarło.
Kilka miesięcy temu odeszła Mira. To było zaskoczenie straszne. Ja myślałem, że ona jest niezniszczalna. Nigdy się na nic nie skarżyła, nigdy nie chorowała. Strasznie nami to wstrząsnęło. Organizacją pochówku zajmowała się Grażynka. No pogrzebie tak się rozkleiłem, że nie byłem w stanie z samochodu dojść na cmentarz.
Ktoś by mógł pomyśleć, że Mira, to moja była żona. To nie ma nic do rzeczy. To matka Piotra. Dwadzieścia lat byliśmy razem na dobre i złe. Myśmy zawsze szanowali się i utrzymywali ze sobą dobry kontakt. Młodszy syn Miry traktuje mnie jak bliskiego wujka.
Ostatnio rzadziej występuję. Rozwiązałem własny zespól i na koncertach gram ze szczeciński zespołem „Blues Band”. Jest to świetna kapela. Mająca swój własny repertuar, a która niekiedy mi akompaniuje.
Obecni wiele czasu zajmuje mi przygotowanie reedycji moich wszystkich płyt, wydanych z moimi zespołami oraz pod własnym nazwiskiem.
Mieszkamy z Grażyną w Józefowie. Od kilku lat w nowym domu.
Tadeusza Nalepę wysłuchał Tomasz Paulukiewicz
Tadeusz Nalepa zmarł 4 marca 2007 roku. Kilkanaście tygodni po nagraniu ostatniego wywiadu jaki z nim przeprowadziłem. Był dla mnie przyjacielem i mentorem. Należał do kilku wyjątkowych ludzi, których miałem zaszczyt poznać i których uważałem za prawdziwe autorytety w moim życiu.
Tomasz Paulukiewicz
Marek Andrzej Karewicz (ur. 28 stycznia 1938 w Warszawie) - polski artysta fotografik specjalizujący się w zdjęciach muzyków jazzowych i rockowych. Również dziennikarz muzyczny, autor radiowy i telewizyjny, prezenter muzyki jazzowej, animator jazzu.
Jako nastolatek Karewicz grywał na trąbce i kontrabasie w zespołach jazzowych. Wyłącznie fotografią zajął się od końca lat 50. za namową Leopolda Tyrmanda. Ukończył liceum fotograficzne na ul. Spokojnej w Warszawie (u Mariana Dederki), następnie studiował na Wydziale Operatorskim Państwowej Wyższej Szkoły filmowej w Łodzi.
Karewicz wykonał zdjęcia składające się na archiwum 2 milionów negatywów. Fotografował m.in. ostatnią trasę koncertową Milesa Davisa i europejską trasę koncertową Raya Charlesa. Jest autorem ok. 1500 okładek płytowych m.in. serii Polski Jazz oraz uznawanej za przełomową w historii polskiego rocka płyty Blues zespołu Breakout, gdzie sfotografował Tadeusza Nalepę prowadzącego za rękę swojego syna Piotra.
Jest członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików, odznaczony też został honorowym tytułem La FIAP : Fédération Internationale de l'Art Photographique. Działał w Polskim Stowarzyszeniu Jazzowym. W telenoweli Klan grał epizodyczną rolę właściciela klubu jazzowego.
Przez wiele lat związany był z warszawskimi klubami muzycznymi: Hybrydy, Remont oraz Jazz Club Tygmont. W klubie Tygmont znajduje się stała wystawa fotografii Karewicza. W lutym 2009 ukazał się album This Is Jazz zawierający 200 zdjęć artystów jazzowych autorstw Karewicza.
Powyższy tekst za www.pl.wikipedia.org
Na tej stronie prezentowane są właśnie zdjęcia autorstwa Marka Karewicza, który przyjaźnił się z Tadeuszem Nalepą. Był autorem nie tylko zdjęć artysty, ale także projektował okładki jego płyt.
W połowie lat 60 miałem już, dość bogate archiwum fotograficzne. Byłem znanym i cenionym fotografem związanym z branżą muzyczną . Kierowałem się taką zasadę, że nigdy nie fotografowałem nowo powstających grup, jeżeli przed tym, nie posłuchałem jak grają.
Z „Blackautami” było troszkę inaczej. Zadzwonił do mnie zaaferowany Mateusz Święcicki, który powiedział: słuchaj, są tacy fajni chłopcy w Rzeszowie! Oni są naprawdę fantastyczni. Może nie grają w tej chwili najlepiej, ale są bardzo zdolni, mają fantastyczne pomysły i są pełni optymizmu, trzeba im pomóc, po prostu, zwyczajnie pomóc!
W redakcji „Jazzu”, którego byłem wtedy współpracownikiem sprawdziłem, że to rzeczywiście kompletnie nieznany zespól. No i umówiłem się z nimi pod kinem „Atlantyk” w Warszawie. Okazało się tam, że trzeba natychmiast zrobić im fotografie reklamowe. Ustawiłem tych, sympatycznych chłopaków, na tle takiego murku. Te właśnie zdjęcia ukazały się potem, na pierwszej płycie zespołu „Blackout”. W tym czasie radio już puszczało ich pierwsze nagrania. Grali coraz więcej koncertów w Warszawie, gdzie coraz bardziej się zadomawiali.
Mira i Tadeusz mieli już syna Piotrka. Sięgał mamie wtedy, mniej więcej do nogi. Miał jakieś dwa, trzy lata i było uciesznym i rozkosznym dzieckiem. Jest na wielu moich fotografiach z tamtych lat, bo rodzice zabierali go wszędzie ze sobą. Bardzo się dziwił, że jakiś taki pan z aparatem, jego mamie i tacie, usiłuje poprawiać ubranie i włosy. To pierwsze nasze spotkanie było bardzo zabawne i od tej pory zaprzyjaźniliśmy się.
Muszę szczerze przyznać, że ja w tamtym czasie nawet specjalnie się nie orientowałem, skąd oni są, że przyjechali z prowincji, z Rzeszowa. Ważne było to o, że Hajdasz gra równo, a Tadek lubi taką muzykę którą i ja lubię, że wiele komponuje, że śpiewają czysto, że elegancko wyglądają na estradzie, że są w ogóle mili i sympatyczni.
Przy którymś kolejnym warszawskim spotkaniu, obejrzałem kolekcję płyt - Tadka. Co słucha, co lubi, na czym się wzoruje. I rzeczywiście byłem, no.. mile zaskoczony, bo miał kilka wartościowych płyt.
Wtedy posiadanie płyt zachodnich, to był olbrzymi problem. W tamtych czasach żeby grać na gitarze, to najpierw trzeba było sobie ją samemu sobie zrobić. Przecież nie było niczego. Podczas pierwszych koncertów rockowych, gitarzyści grali podłączeni do radia. Radio stało na estradzie i robiło za wzmacniacz! A dziennikarze, głusi zresztą na ogół, pisali, że jest tak głośno, że nie można wytrzymać. Takie to były czasy. Teraz to wydaje się niewiarygodne. Zresztą, w tej chwili ludzie, już nie pamiętają, że jeszcze, parę lat temu na kartki była benzyna i dwa i pół kilograma mięsa.
Tadeusz był bardzo uparty i bardzo świadomy tego co robi. To bardzo ważne. Zresztą później, kiedy już zacząłem z nim na stałe współpracować, okazało się, że w tym swoim uporze jest sympatyczny i prowadzi on go do celu.
Kiedy zespół już nazywał się „Breakout”, po powrocie z koncertów w Holandii należało im błyskawicznie zrobić serię zdjęć reklamowych, które ewentualnie weszłyby na okładkę nowej płyty. To był luty, albo marzec. Pamiętam na te zdjęcia pojechałem z nimi na trasę koncertową na Śląsk. Było tam -20 0C jak robiłem te fotografie. Tadek był rozebrany do połowy, z nagim torsem, zdjęcia te są na jednej z jego płyt. To taki przykład jego determinacji i zawodowstwa.
Zresztą wielokrotnie, potem się to sprawdzało. Ja pamiętam jego problemy w Polskich Nagraniach. Kiedy Tadeusz poszedł do ówczesnego Dyrektora Polskich Nagrań, z projektem nowej płyty. Tam były same piosenki Nalepy z tekstami Loebla. Ten dyrektor zaczął opowiadać coś w rodzaju: wie pan tu są także inni autorzy, dobrze by było gdyby Pan skorzystał z ich twórczości. Tadek odwrócił się na pięcie i wyszedł. Dwa dni po tym miał telefon, że jednak jego nagrania zostały zatwierdzone w takim składzie i z takim programem jakie przyniósł do wytwórni.
Czasy miały wpływ na karierę zespołu. Zespół „Breakout” był zespołem marginesu politycznego. Z tym zespołem walczono. Zawsze walczono, w jakiś tam sposób. Pamiętam sławetną aferę gdzieś tam w Kielcach, czy w Lublinie. Na pierwszej stronie jakieś gazety, ukazała się informacja: Grześkowiak pijany Niemen jeszcze gorzej, a „Breakout” jeszcze inaczej. A „Breakoutu”, w ogóle na tym koncercie nie było. Byli po prostu dla władz, prasy, synonim czegoś złego. Znana jest ich historia z Festiwalu w Opolu, której byłem świadkiem.. Dyrekcja Festiwalu podeszła do muzyków i powiedziała: proszę zawiązać włosy z tyłu, przypiąć szpilkami, i Pani Miro, Pani będzie łaskawa te włosy uczesać. W efekcie wystąpili w tej telewizji, a kamerzyści mieli powiedziane, żadnych zbliżeń, żadnych zbliżeń, to nie jest wzorzec dla młodzieży polskiej.
Oni generalnie rzecz biorąc, chodzili ubrani na co dzień tak jak, występowali na estradzie. Zresztą, najlepszym dowodem na to, jest okładka do płyty „Blues”, gdzie po prostu, Tadek idzie z dzieckiem ulicą. Tak zostały zrobione te zdjęcia, bez żadnych przebieranek, tyle tylko że wyjął z futerału gitarę. Ta okładka zresztą, została znacznie później, gdzieś tam, przez kogoś uznana za najlepszą okładkę muzyki rockowej, w ostatnim czterdziestoleciu. Ona takie wywiera do dzisiaj wrażenie głównie z tego powodu, że w owym czasie była tragiczna poligrafia i wyszła taka, bardzo bluesowa odbitka, dzisiaj się na to inaczej patrzę.
Z tamtych lat pamiętam takie zdarzenie. Po wydaniu płyty „Na drugim brzegu tęczy”, zespół miła jechać na Festiwal do Bergen w Norwegii. Nagle okazało się w ostatniej chwili, że nie może jechać z zespołem Jurek Goleniowski, który grał na gitarze basowej, Okazało, że MSW uznało, że on się tam skontaktuje ze swoim ojcem. Jego ojciec uciekł z Polski i był w CIA specjalistą od, od komunizmu. Takie też sytuację, w owym czasie wpływały na muzykę. Pamiętam niesłychane zdenerwowanie. Przecież to był ważny festiwal. A trzeba było na nim zagrać bluesa i rocka bez gitary basowej. To naprawdę bardzo trudne. Jakoś ten koncert poszedł. Nawet się podobało. Pamiętam wtedy Włodek Nachorny stanął na głowie, żeby zagrać rewelacyjnie te swoje partie na saksofonie i trochę pomagał na fortepianie.
„Breakout” w latach siedemdziesiątych był niesłychanie popularny. Mimo, że był nieobecny ani w prasie, ani w radio, ani w telewizji. Natomiast na koncerty, waliły tłumy. Ja na tych koncertach regularnie bywałem. Robiłem archiwalne materiały.
Nagrywali też regularnie płyty. W końcu Polskie Nagrania rządziły się jakimiś prawami ekonomicznymi. Nie można było zlikwidować grupy, która, która przynosiła im kokosy. To przecież, była grupa, która w nie wyobrażalnych ilościach sprzedawała swoje płyty . Za te płyty Nalepy, utrzymywano praktycznie połowę muzyki poważnej w Polskich Nagraniach
Przypominam sobie takie zdarzenie, które świadczy jakim człowiekiem był Nalepa i o jego podejściu do swojego zawodu. Pojechaliśmy na koncerty do Szwecji. Tam zespół dostał jakieś większe honorarium. Każdy wziął te swoje pieniądze. Jeden poleciał kupić dżinsy, drugi coś dla dziecka. A Tadeusz, Tadeusz poszedł do sklepu muzycznego, wyjął pieniądze i kartkę. Na tej kartce miał napisane płyty których mu brakuje do kolekcji. Wszedł za ladę. Spędził w tym sklepie prawie trzy godziny. Ku oszołomieniu sprzedających, kupił wtedy płyt za mniej więcej 250 $. Na owe czasy, była to suma astronomiczna. Biegający dookoła niego sprzedawcy w ogóle ogłupiali. A on, wysyłał ich na dół do magazynu, żeby mu przynieśli taką i taką płytę BB Kinga.... Potem pamiętam, jak już płacił za te płyty, to pojawił się właściciel sklepu, który postanowił mu podarować dwie czy trzy płyty. Rzeczywiście zdjął jakieś płyty z półki i dał je Tadeuszowi. Na co ten powiedział: jeżeli chce pan mi podarować jakieś płyty to proszę, jeszcze mam tutaj w rezerwie taką listę Już nie pamiętam w tej chwili tytułów , ale w każdym bądź razie, była to muzyka mądra, muzyka niezbędna do dalszej pracy. I to było podstawowy wydatek Nalepy podczas tego wyjazdu.
Na pewno Tadeusz Nalepa był wyjątkową postacią polskiej sceny rockowej. I był po prostu, abstrahując od wszystkiego, wielkim polskim muzykiem. Przejrzymy też uważnie całą tą listę wykonawców, którzy współpracowali z Tadeuszem. Można o nim powiedzieć, że był prawdziwym łowcą nowych talentów. Wszyscy muzycy rokowi, którzy się liczyli na polskiej scenie rockowej, współpracowali z Nalepą. Wielu muzyków zachęcił do pracy. Wielu muzyków odkrył. Wielu też ukierunkował. Ze wszystkimi był zaprzyjaźniony. I zawsze wszyscy ci, naprawdę liczący się, mówią tylko dobrze o Tadeuszu Nalepie.
To był pogodny człowiek. Facet, z którym troszkę bankietów odbyłem. Realizował swoje marzenia. Chciał mieć dom - postawił dom. Chciał mieć nowy dom – zbudował go. Był zawsze czynny, pełen ruchu. Przy tym był niesłychanie zabawny, o niezwykłym poczuciu humoru. Miał stałą grupę przyjaciół, z którymi przez lata utrzymywał ożywione kontakty. Kolekcjonował płyty. Interesował się polityką. Był człowiekiem jakby, renesansowym, interesowała go nie tylko muzyka rockowa.
Wrócę jeszcze do tego jak nagrywano płyty w Polskich Nagraniach w latach siedemdziesiątych. To był problem dość skomplikowany, gdyż tam etatowym inżynierem dźwięku był profesor Urbański. Tadzio potrafił rozmawiać ze starszym profesorem, który mimo wieku, był człowiekiem otwartym, chociaż nieco skostniały jeżeli chodzi o technikę realizacyjną i współczesną muzykę i brzmienie. Tadziu rozwiązywał ten problem tak, że kupował największą bombonierkę Wedlla dla pan profesor i jego żony, która była asystentką przy nagraniach. Dzięki temu Tadeusz miał wtedy szansę żeby wejść do reżyserki dźwięku i tam pokombinować namikserze, i poustawiać brzmienie po swojemu. Profesor Urbański zawsze mówił: Panie Tadeuszu, pan ma swoje ucho, ja mam swoje ucho. To jest pańska płyta, a nie moja płyta. I to jakby pozwalało na nagrywanie rzeczy, które wychodziły poza ówczesne standardy i normy obowiązującą wtedy w kraju.
Wrócę do poczucia humoru Tadeusza. On zawsze wielką wagę przykładał do gitar, na których grał. Pamiętam czasy, kiedy grał na Riken-Bekerze i zawsze do mnie mówił, że może ja nie najlepiej gram na tym Riken-bekerze, ale za to dobrze z nim wyglądam. Potem przeszedł na Gibsona Les Paul i stwierdził, że starszemu mężczyźnie znacznie lepiej jest do twarzy z Gibsonem.
Marka Karewicza wysłuchał Tomasz Paulukiewicz
© 2007 - 2009 by PROMO Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykonane przez: Tomasz Skręt